sobota, 13 kwietnia 2013

Zawieszenie :(

Zawieszam bloga, co prawda nie na długo. Postaram się tutaj wejść w weekend majowy, bo wtedy będę miała czas. Jak na razie jest źle :< Długo siedzę w szkole, a jak przyjdzie czas wolny to okazuje się, że muszę jeszcze napisać wypracowanie albo zrobić zadania z chemii.
Przepraszam was, że znowu taka przerwa się szykuje, ale po prostu nie wyrabiam się z nauką, a teraz muszę podciągać średnią, bo jak narazie waha się w okolicach 4.20. No niestety, zaniedbałam to ;(

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 7

Dziękuję wam za te wszystkie miłe komentarze. Dzięki nim udało mi się jeszcze dziś stworzyć rozdział.
Nie przedłużam i zapraszam do czytania.

*

Gra się zaczęła. Kate wzięła do ręki butelkę i energicznym ruchem zakręciła nią pomiędzy nami.
Po wszystkich obrotach butelka zatrzymała się wskazując na Jasona. Na twarzy przyjaciółki widniał mało dostrzegalny rumieniec. Lekko się uśmiechnęła i po chwili można było usłyszeć pytanie, które padło z jej ust:
                - Prawda czy wyzwanie?
                - Prawda. – bez żadnego namysły rzucił Jason.
                - Miałeś kiedyś dziewczynę? – Kate tak samo, bez namysłu zdała pytanie.
                - Miałem i mam. – Odpowiedział chłopak, a w oczach rudowłosej widać było rozczarowanie, rezygnację.
Kolej była na Jasona. Zakręcił butelką i padło na mnie.
                - Wyzwanie. – rzuciłam. Wszyscy spojrzeli na mnie jakbym była co najmniej nienormalna. Ale chyba trzeba kiedyś to powiedzieć. Nie ukrywam, że przeszedł mnie dreszczyk w tamtym momencie. Nie znałam Jasona i nie wiedziałam co mógłby wymyśleć.
                - Pocałuj Setha. – zabrzmiał mi w uszach jego głos. Po kilku sekundach dotarło do mnie, co powiedział. Seth był też trochę zmieszany, chyba nie spodziewał się tego po swoim przyjacielu.
                - Co? – zapytałam niedowierzając.
                - Pocałuj Setha. – powtórzył.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Popatrzeliśmy po sobie.
                - Ludzie, dwudziesta druga, cisza nocna. – krzyknęła Kate, jak najszybciej wpychając chłopaków do szafy.
Drzwi otworzyły się, a w progu stanęła wychowawczyni.
                - A co wy, dziewczyny, jeszcze nie w łóżkach? Proszę szybko pod kołdry. – zwróciła się do mnie i rudowłosej jak do przedszkolaków.
                - Już, już. – odezwała się Kate czekając z niecierpliwością na to, aż wychowawca opuści pokój.
Drzwi się powoli zamknęły, a Seth z Jasonem wypadli z szafy.
                - Dobra, chyba musimy skończyć zabawę. Zaraz pójdzie do waszego pokoju i trochę się zdziwi nie widząc tam nikogo. – oznajmiłam. Pewnie nie była to tylko troska o chłopaków, ale chciałam też uniknąć pocałunku z brunetem.
                - Dokończymy to kiedy indziej – zmierzył mnie wzrokiem Jason, zabierając butelkę ze sobą.
Kiedy drzwi za nimi się zamknęły, od razu pobiegłam przekręcić klucz w zamku.

***

                - Vick, wstawaj. Vick! – otworzyłam oczy i zobaczyłam stojącą nade mną przyjaciółkę machającą ręką i krzyczącą na mnie. Nie wiem dlaczego, ale jak późno Kate by nie zasnęła i tak wstaje wcześnie. Ja z natury jestem śpiochem i zazdroszczę jej tego wstawania.
                - Dlaczego mnie budzisz, człowieku?! Jest siódma rano. – mruknęłam.
                - Myślałam, że chcesz jak najszybciej zobaczyć co dostałaś.
                - Dostałam? – zapytałam nieco bardziej przebudzona.
                - Tak, ty! Ta daaa ! – rudowłosa wyciągnęła zza pleców bukiet kwiatów.
Trochę byłam zdziwiona, ale czego oczekiwać od przed sekundą obudzonej osoby?
                - Myślisz, że to od Setha? – rzuciła przyjaciółka.
                - Od Setha? Jak to się tu w ogóle dostało? – zapytałam, podnosząc się na łóżku. Byłam trochę nieprzytomna. Musiałam jak najszybciej ustalić pewne fakty.
                - Nie mam fioletowego pojęcia.
                - Nie ma żadnego liściku? – zapytałam.
                - Nie znalazłam. Od kogo to może być jak nie od Setha? To musi być od niego. – naciskała rudowłosa.
Liściku nie znalazłam, ale zastanawiało mnie to, jak ten ktoś się tu dostał. Byłam pewna, że wieczorem zamknęłam drzwi na klucz. Może jednak zapomniałam?
Postanowiłam zająć się tym po śniadaniu. Spałabym jeszcze pół godziny, gdyby nie te kwiaty. Ale jak już się przebudziłam, to wstałam. Wyjęłam ze swojej walizki ubrania i ruszyłam do łazienki.
Po porannej toalecie miałam jeszcze dwadzieścia minut do posiłku.
                - Czy to przypadkiem nie mój top? – zdziwiona zapytałam przyjaciółki. Dopiero teraz zorientowałam się, że ma na sobie moją bluzkę.
                - Nie maiłam co założyć do czerwonych spodni. Pożyczyłam. – rzuciła, udając, że czegoś zawzięcie szuka w torbie. Nie zawracałam sobie nią głowy. Wróciłam myślami do kwiatów. Przeszła mi przez głowę myśl, że dostawca kwiatów musiał mieć klucz do naszego pokoju. Spojrzałam jeszcze raz na przesyłkę. Kwiaty opakowane w połowie w zielony materiał i kartka przyklejona do niego z napisem „Dla Victorii”. Charakter pisma był mi skądś znany, ale zupełnie nie miałam pojęcia skąd.

***

Zeszłyśmy na stołówkę, gdzie nie było jeszcze dużo osób. Zrobiłam sobie Müsli z jogurtem i do tego banan i herbata. Zajęłyśmy z Kate miejsce przy „naszym” stoliku. Chłopaków jeszcze nie było.
Po chwili jednak się zjawili z tackami i usiedli.
                - Jak tam noc? – odezwał się Jason.
Przyjaciółka od razu rozkręciła rozmowę i już nie można było im przeszkadzać. Seth zajął się jedzenie i nic nie powiedział. Postanowiłam też nie zaczynać rozmowy.
Nagle do głowy wpadł mi pewien pomysł. Nie był on najmądrzejszy, ale mógł wypalić.
Może gdybym poprosiła bruneta o napisanie czegoś, zobaczyłabym jego pismo. Mogłabym chociaż ustalić, czy kwiaty to jego sprawka.

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 6


Mam nadzieję, że rozdział wam się spodoba :D Moje postanowienie: dodawać rozdziały najrzadziej raz w tygodniu. Mam nadzieję, że się uda :*

*

Stanęłyśmy z Kate przed drzwiami pokoju, który nam przydzielono z numerem 107. Otworzyłam kluczem ten ciężki kawał drewna. Uchylił się głośno skrzypiąc. Pchnęłam dłonią drzewo, żeby móc wejść do pokoju z torbami. Ściany pomieszczenia były koloru żółtego, meble dosyć stare, ale przynajmniej szafki nie skrzypiały tak samo jak drzwi.
                - Aaaa! O fuuu! – przyjaciółka wydała z siebie takie oto odgłosy.
Oderwałam się od wyglądania przez okno, nie, to był raczej lufcik i podeszłam do szafy przy której stała rudowłosa i spojrzałam na obiekt jej dziwnych dźwięków. W kącie była pajęczyna, a na niej dwa ogromne pająki. Ciarki mnie przeszły. Nie bałam się pająków, ale te były na tyle obleśne, żeby zapoczątkować u mnie arachnofobię*. Nie miałam ochoty się przyczyniać do ich zabicia z jednego powodu: żeby ich nie dotykać, ale z drugiej strony jakbym je tu zostawiła, to kto wie, co by nam zrobiły w nocy…musiałam się ich pozbyć. Sięgnęłam po szczotkę, która była oparta o ścianę przy szafie.
                - Chyba dobrze wiedzieli, że będziemy tego potrzebować. – mruknęła Kate nadal spanikowana.
Podczas, gdy zabijałam pajęczaki, drzwi do pokoju lekko się uchyliły, a później do środka wpadł Seth.
                - Dlaczego wchodząc do pokoju widzę ciebie ze szczotką? – zapytał mnie z rozbawieniem chłopak.
                - Pozbywa się zła. – rzuciła przyjaciółka siedząc na łóżku i z obrzydzeniem przyglądając się stworzeniom.
                - Co? – nadal śmiejąc się z nas brunet doskoczył obok mnie i spojrzał na „zawartość” szafy. Przejął ode mnie broń na pająki i jednym ruchem ręki nałożył je na szczotkę, a następnie wyrzucił przez „lufcik”.
Obie przypatrywałyśmy się temu zdarzeniu.
                - No co? One też mają prawo do życia. – przemówił Seth, kierując się w stronę drzwi.
                - Czekaj – rzuciłam – dzięki za „to” – dodałam wskazując palcem na „okno”.
                - Nie ma za co. – uśmiechnął się czarująco – Obiad w stołówce na was czeka. – przytaknęłam tylko głową.
Seth wyszedł, a Kate nabrała powietrza, żeby coś powiedzieć, ale w porę jej przeszkodziłam. Nie miałam zamiaru wysłuchiwać teraz jej pouczeń i pytań.
                - Idziesz na obiad?
Przyjaciółka skinęła głową i wyszłyśmy z pokoju, zamykając drzwi na klucz.

***

                Stołówka była już przepełniona ludźmi. Szczerze mówiąc znałam jedynie połowę z nich, a przecież była tu tylko nasza szkoła. Stoliki przeważnie były czteroosobowe, a na środku pomieszczenia stał wielki stół szwedzki przykryty białym obrusem.
Obie ruszyłyśmy w jego stronę. Kiedy już sobie nałożyłyśmy na talerze jedzenie szukałyśmy jakiegoś stolika, gdzie były wolne dwa miejsca. No i znalazłyśmy. W kącie sali stał stolik, o dziwo pusty.
                - Można się dosiąść? – zapytał Seth podchodząc do nas z jakimś chłopakiem o blond włosach. Obaj trzymali tacki z jedzeniem.
                - Pewnie. – rzuciłam uśmiechając się do Setha i kolegi.
                - Jestem Jason, miło mi was wreszcie poznać. – powiedział, na co odpowiedziałam mu wielkimi oczami. „Wreszcie” ?
                - Victoria, ale mów mi Vicky. – rzuciłam z uśmiechem.
                - A ja Kate, nam też miło cię poznać Jason. – dodała rudowłosa. W tym momencie Seth zaczął rozmowę.
                - A więc Vicky, nie spodziewałem się, że pojedziesz.
                - Ja też nie. Zostałam namówiona, za to nie spodziewałam się, że ty pojedziesz. – odezwałam się pijąc kompot.
                - Taa, długa historia.
                - Nie szkodzi, mam czas. – uśmiechnęłam się.
                - Innym razem. – zbył mnie, karcąc chyba samego siebie, że tak zaczął rozmowę. Nie wiedziałam tylko dlaczego. Co może być tajemnicą w tym, że przyjechał na obóz? On ma zdecydowanie za dużo tych tajemnic.
Dokończyliśmy obiad w ciszy.
                - Tutaj macie plan jutrzejszego dnia, obozowicze. – powiedziała, wychowawczyni podchodząc do naszego stolika. Rozdała wszystkim małe karteczki.

                „8:30 – śniadanie.
                10:00 – wyjazd na stok.
                15:00 – powrót na obiad.
                16:00 – wyjście do centrum.
                18:00 – powrót i czas wolny.
                20:00 – kolacja.”

Plan nie był taki zły. Najbardziej zaniepokoiło mnie to, że na stoku spędzimy aż pięć godzin. To będzie ciężkie, najwyżej usiądę w jakiejś knajpce i napiję się czegoś ciepłego, czekając do piętnastej. Będę zjeżdżała na nartach, ale na pewno nie tak długo. Po obiedzie wszyscy rozeszli się do swoich pokoi. Mieliśmy iść jeszcze na miasto, ale poszłam tylko część obozowiczów. My woleliśmy przesiedzieć ten wieczór w pokojach.

***

Weszłam do pokoju, w którym już siedziała Kate. Rozpakowałam swoją kosmetyczkę w łazience. Swoją drogą łazienka była dożo lepiej urządzona niż sam pokój. Później wyjęłam z walizki książkę i rzuciłam się na swoje łóżko z zamiarem spędzenia tego wieczoru tylko z nią. Niestety już po dwóch minutach usłyszałam pukanie do drzwi. Rudowłosa, która wtedy wypakowywała kosmetyczkę krzyknęła:
                - Proszę !!!
                - Czy wy właśnie siedzicie w pokoju, kiedy mamy czas wolny? – zapytał Seth wchodząc do pokoju.
                - Myślałam, że na tym właśnie polega czas wolny.  – mruknęłam podnosząc się z łóżka.
                - Nie do końca o to mi chodziło. – spojrzałam na niego wyczekująco.
                - Co proponujesz? – rzuciłam widząc, że sam nie odpowie.
                - Butelkę!
                - Dobry pomysł, Vick, nie masz wyjścia przykro mi. – w głosie przyjaciółki z daleka dało się wyczuć bijący od niej entuzjazm.
                - A mi nie, macie może butelkę? – rzuciłam odkładając książkę.
                - Ta daaa! – Zza drzwi wyłonił się Jason ze szklaną butelką po wódce. Nie chciałam wiedzieć skąd ją ma.
Usiedliśmy we czwórkę na ziemi i zaczęliśmy grę. Jako pierwsza kręciła Kate.

niedziela, 10 marca 2013

Rozdział 5

Piszę kolejny rozdział, bo przecież obiecałam, a kolejnej obietnicy nie mogę złamać. Może trochę krótki, ale zależało mi, żeby dzisiaj to dodać o przyzwoitej godzinie. Rozdzialik jeszcze ciepły, więc zapraszam do czytania i komentowania ♥

*


Stałam na korytarzu szkoły i wpatrywałam się w wielki czerwony napis „OGŁOSZENIE”. Tak właściwie przyglądałam się temu co zostało wywieszone pod napisem: „Z radością informujemy uczniów naszej szkoły, że  14-19.12.2012r odbędzie się wyjazd na narty…”
No tak, dzisiaj pierwszy raz spadł śnieg, co rzadko zdarza się na Florydzie i chcieli to jakoś wykorzystać. Szczególnie się tym nie przejęłam, bo nie brałam pod uwagę opcji mojego wyjazdu.
                - Jedziesz? – przede mną nie wiadomo skąd wyrosła postać imieniem Kate i wyskoczyła z pytaniem.
                - Raczej nie, a ty?
                - Vic, Vic, Vic! – zaczęła skakać dookoła mnie z entuzjazmem prosząc mnie o to, bym jednak zmieniła zdanie.
No i właśnie tym sposobem zostałam uproszona o udanie się na obóz. Naiwna Victoria, jedyne określenie mojej osoby, które mi w tym momencie przychodziło do głowy. Czego nie robi się dla przyjaciółki…
Lekcje minęły zadziwiająco szybko. W szkole nie było Setha, co oczywiście nie jest dziwne. Zawsze zastanawiałam się czemu tak naprawdę nie uczęszcza tu za często. Niestety nie miałam logicznego wytłumaczenia. Mógł przecież ciężko chorować, ale nie wiedzieć dlaczego nie mieściło mi się to w głowie.

***

Niedziela wieczór…uznałam, że należałoby się spakować na jutrzejszy wyjazd. Tak…moja ostateczna decyzja brzmi: tak. Jeszcze wczoraj byłam święcie przekonana, że nie ruszam się spod cieplutkiej kołderki przez cały tydzień, ale kiedy dzisiaj usłyszałam przepełniony radością głos Kate w słuchawce telefonu…po prostu nie mogłam, musiałam się zdecydować.
Wygrzebałam z wielkiego pudła na strychu moją dużą czarną walizkę i przetransportowałam ją do mojego pokoju, w którym panował absolutny porządek (w piątek po szkole naszła mnie ochota na zajęcie się czymś i ostatecznie stanęło na sprzątnięciu pokoju). Do czarnej skrzynki wpakowałam wszystkie niezbędne i potrzebne rzeczy, które sobie wcześniej przygotowałam. Później pobiegłam pod prysznic, by się wcześniej położyć spać. A co za tym idzie dłużej przebywać w moim łóżku.

***

                - Poprosiłam Setha, żeby zajął nam miejsca – rzuciła Kate, przeciskając się między siedzeniami w autokarze.
                - Co? Seth też jedzie? – otworzyłam szerzej oczy i spojrzałam na przyjaciółkę, która się do mnie odwróciła. Dopiero po jakimś czasie od słów Kate dotarło do mnie co tak naprawdę one oznaczały. Seth jechał na obóz. Miesiącami nie ma go w szkole, właściwie to był tylko raz na lekcjach, a teraz nagle wybiera się na szkolny wyjazd. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale na pewno coś knuł.
                - Siema, Vic – krzyknął chłopak, widząc mnie na horyzoncie. Od kiedy mówi do mnie Vic? Nie, chwila, od kiedy on cokolwiek do mnie mówi. Byłam pewna, że ten wyjazd nie będzie taki, jakiego sobie wyobrażałam.
                - Hej. – warknęłam i opadłam na siedzenie obok mojej przyjaciółki, przed Sethem.

***

Całą drogę z Kate gadałyśmy, Seth nas nie zaczepiał, ani nic. Droga była fajna, jak to zawsze a autokarze z ciekawymi ludźmi. Amy razem z Sophie siedziały na początku pojazdu, więc nie było większych szans na dostanie się do nich. Kierowca od razu się denerwował jak kogoś zobaczył przechadzającego się po autokarze, ale to zrozumiałe.
Zatrzymaliśmy się przed dość dużym budynkiem, który okazał się naszym hotelem. Wysiedliśmy z pojazdu i otrzymaliśmy swoje bagaże. Ruszyłam w kierunku budynku wraz z resztą obozowiczów.
Chwilę potem obok mnie znaleźli się Kate, Amy, Sophie i Seth.
                - Są tylko dwuosobowe pokoje – rzuciła Amy, razem z Kate spojrzałyśmy na siebie wymownie.

środa, 6 marca 2013

Przepraszam, przepraszam, przepraszam :(

Jejku, przepraszam was mocno za moją nieobecność. Możecie mi coś za to zrobić. Miałam tyle spraw na głowie, sprawdziany, kartkówki, prezentacje, wypracowania, prace domowe. Nie pamiętam już kiedy tak miałam...nigdy. A no i jeszcze oczywiście czas mi zajął mój ukochany serial - Pretty Little Liars. Po prostu nie mogłam się oderwać. Jeszcze muszę się uczyć do sprawdzianu z chemii, ale musiałam wam tu coś napisać, musiałam. Opowiadania dzisiaj nie będzie, bo mam do połowy. Postaram się wam go dać do przeczytania w weekend. Jeśli zapomnę, to nie wiem co sobie zrobię.
Jeszcze milion razy przepraszam i dziękuję wam za aż 1000 wejść. Mam dla was coś jeszcze, a mianowicie fanpage na facebook'u (oczywiście o Pretty Little Liars). Jak macie ochotę i też lubicie ten serial to zapraszam: http://www.facebook.com/pages/Nie-dosta%C5%82a%C5%9B-buziaka-na-dobranoc-Tu-jest-jeden-ode-mnie-Xoxo-A/166587816824102 .

poniedziałek, 4 lutego 2013

Przerwa.

Z przykrością was informuję, że nie będzie mnie na blogu przez dwa lub nawet trzy tygodnie.
Wyjeżdżam na ferie i mam ogrom nauki, po prostu brak czasu.
Postaram się w wolnych chwilach coś naskrobać, może na wyjeździe? Kto wie?
Mimo wszystko na pewno wrócę tutaj z mnóstwem długich i bogatych w akcję oraz wątki miłosne rozdziałów jak poleciła mi czytelniczka opowiadania Bryndzaa :D

PS: Jak dotąd, mogę wam polecić zaobserwowanie mojego bloga. Możecie to zrobić klikając guzik "dołącz do tej witryny" po prawej stronie bloga tuż pod jego statystyką. Dzięki tym poczynaniom będziecie informowani o nowych postach.

Pozdrawiam i życzę miłych ferii, tym co je mają i co będą mięli, a tym, którym ferie się skończyły, życzę miłej nauki :)

czwartek, 31 stycznia 2013

Rozdział 4


Z pięknego snu wybudziły mnie jakieś śmiechy na parterze. Przez chwilę zastanawiałam się kto mógłby być u nas w domu po za mną i mamą. Nikt nie przychodził mi do głowy i postanowiłam to sprawdzić. Zwlekłam się z łóżka, wygrzebałam z szafy mój mięciutki, malinowy szlafrok i nałożyłam go na siebie czując jak przyjemne ciepło owiewa moje ciało. Schodząc na dół poczułam ból w lewej nodze, a dokładniej w udzie. Ah tak…wczoraj, kiedy wychodziłam z pizzerii oczywiście się poślizgnęłam w kałuży i wywróciłam. Najwidoczniej sobie uszkodziłam tą część ciała. Kiedy pojawiłam się już na dole, moim oczom ukazał się widok, przedstawiający ciocię Violettę, wujka Franciszka i ich dwóch synów: Jeremy – ośmioletni brunet z pięknymi dużymi, niebieskimi oczami i Henry – sześciomiesięczny chłopiec o ciemnej karnacji. Siostra mamy wraz ze swoim mężem gawędzili namiętnie o czymś z moją rodzicielką, Henry spał w niebieskim wózku, stojącym tuż obok fotela, natomiast Jeremy jak zwykle biegał i zajmował się chyba jedyną rzeczą, jaką potrafił, a mianowicie rozrabiał.
                - Dzień dobry wszystkim – odezwałam się, wchodząc do salonu – Ładna sukienka, ciociu – dodałam, kiedy poczułam jej wzrok na sobie. Bardzo lubiła komplementy na temat jej stylu ubierania i nie wyobrażała sobie dnia bez przynajmniej dziesięciu.
                - Victoria! – krzyknął zza ściany Jeremy, podczołgał się w moją stronę i nagle dostałam od niego na przywitanie uderzenie samochodzikiem w kostkę. W tą poszkodowaną wczoraj kostkę.
                - Ałłaaa – jęknęłam z bólu, łapiąc się za bolące miejsce i ruszyłam do kuchni po coś do jedzenia.
Przyrządziłam sobie jajecznicę, posypałam szczypiorkiem, zaparzyłam kawę i ze śniadaniem udałam się w kierunku schodów, nie chcąc przeszkadzać dorosłym w rozmowie.
                - Kochanie, zaczekaj – zatrzymała mnie mama, kiedy byłam na pierwszym schodku – chciałabym ci coś powiedzieć, chodź, usiądziesz z nami. – jak nakazała mi moja rodzicielka tak zrobiłam.
Przysiadłam na końcu kanapy przyglądając się na zmianę cioci, wujkowi i mamie. Coś mi tu nie grało.
                - Słucham. – zachęciłam.
                - Będziemy u was mieszkać – powiedział Jeremy, po chwili skarcony przez swojego ojca za złe zachowanie. Natychmiast przeniosłam wzrok na mamę z pytającą miną.
                - To tylko na tydzień, do niedzieli. Chwilowo nie mają gdzie się podziać, a że my teraz jesteśmy nie daleko nich to postanowili prosić nas o pomoc. Chyba ci to nie będzie przeszkadzało? – kiedy skończyła poczułam jak gorąco mi się robiło w głowie i słabłam. Nie chciałam dać tego po sobie poznać, więc wyprostowałam się i uśmiechnęłam.
                - Oczywiście, że nie. Cieszę się, że możemy wam pomóc – Ostatnie zdanie skierowałam do gości. Po tych słowach ulotniłam się na piętro, żeby uniknąć wszelkich pytań i uwag na temat mojego wyglądu ze strony cioci Violetty. Lubiła wszystkimi dyrygować i doradzać w kwestiach ubioru, fryzury, itp. chociaż sama nie umiała dopasować stroju do fryzury, a jej włosy przeważnie były upięte wysoko jak w latach osiemdziesiątych robiły to kobiety zamożne. Nie podobał mi się pomysł o zamieszkaniu tu mojej cioci. Niezbyt lubiliśmy z nimi przebywać, no ale to w końcu rodzina. Pocieszałam się tym, że będą u nas jedynie tydzień. Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Pochłonęłam szybko śniadanie, wzięłam szybki prysznic z racji tego, że wczoraj nie miałam na to ochoty, tylko padłam na łóżko. Potem wyszczotkowałam zęby i włączyłam komputer, chcąc sprawdzić co dzieje się na świecie. Nic mnie nie zainteresowało w sieci. W sumie to należałoby się zrobić trochę zadań z chemii. Postanowiłam, że właśnie za to się zabiorę. Później pouczyłam się trochę do sprawdzianu z biologii. Na to nie potrzebowałam dużo czasu, ponieważ bardzo szybko pochłaniam materiał z tego przedmiotu. Nawet kiedyś myślałam o studiach medycznych i doszłam do wniosku, że mogłoby mi się to spodobać. Kiedy skoczyłam naukę była godzina dziewiętnasta dwadzieścia. Miałam ogromną ochotę zjeść coś, co nie przypomina ciasteczek ani czekolady. Tego wystarczająco najadłam się podczas nauki biologii. Zeszłam na dół do kuchni spodziewając się jakichś krzyków Jeremiego albo chociażby widoku siedzącej na kanapie i popijającej herbatkę cioci, ale nie.
Przy kuchni kręciła się tylko mama zmywając naczynia. Kiedy mnie zobaczyła, uśmiechnęła się tylko i wróciła do swoich zajęć.
                - Gdzie są wszyscy? – podjęłam temat siadając przy kuchennym stole.
                - Ciocia i wujek zabrali Jeremiego do wesołego miasteczka, a Henry śpi w gabinecie taty. – odpowiedziała mama, po czym westchnęła i dodała – Słuchaj, ja wiem, że nie do końca pasuje ci, że rodzina do nas przyjechała na tydzień, ale spróbuj ich zrozumieć. Nie miałam wyboru, musiałam się zgodzić. Wyobrażasz sobie co by było gdybym odmówiła pomocy rodzinie, a zwłaszcza jeżeli to ciocia Violetta? – wiedziałam doskonale co by się wtedy stało. Siostra mamy najchętniej poskarżyłaby się na naszą rodzinie każdemu kto jej się nawinie i obraziłaby się na nas do końca życia. A tego moja rodzicielka nie chciała.
                - Oj, wyobrażam. – po tych słowach obie się roześmiałyśmy.
Mama zajrzała do piekarnika, z którego wydobywał się cudowny zapach.
                - To szarlotka. – oznajmiła z uśmiechem na ustach widząc jak jej się przyglądam.
Rozejrzałam się po kuchni zastanawiając się co mogę zjeść.
Ostatecznie zdecydowałam się na jabłko. Niezwykle sycące danie, ale nie było nic innego.
Udałam się na górę z zamiarem położenia się spać. Już zakładałam piżamę, kiedy usłyszałam dźwięk SMS-a. Przeczytałam wiadomość od Kate: Przyjadę jutro po ciebie. Bądź gotowa o 7:30.
Odpisałam tylko: Będę na potwierdzenie przeczytania jej wiadomości.

***

Usłyszałam dźwięk klaksonu i wybiegłam z domu. W przeciwieństwie do soboty, dzisiaj była bardzo ładna pogoda. Słońce świeciło, ptaszki śpiewały, aż chciało się żyć. Otworzyłam drzwi samochodu od strony pasażera i opadłam na siedzenie.
                - Cześć. – rzuciłam krótkie słowo przywitania i otworzyłam okno, żeby znów napawać się zapachem jesieni, bo przecież niedługo miała zawitać u nas zima.
                - Hej, nauczona na biologię? – zapytała mnie przyjaciółka. Właśnie tego pytania się obawiałam. Wczoraj umiałam wszystko, ale dzisiaj nie za dużo.
                - Średnio, a ty?
                - Cały wczorajszy dzień poświęciłam na powtarzanie materiału, więc mam nadzieję, że umiem.
Zamknęłam okno samochodu widząc, że wjeżdżamy na parking szkoły. Wyskoczyłam pospiesznie z samochodu i ruszyłam w stronę szkoły. Po chwili dołączyła do mnie Kate.
                - Jak tam z Sethem? Pisał coś? Rozmawialiście wczoraj? – zasypała mnie gradem pytań.
                - Nie ozywał się. Pewnie będzie jak dawniej. – powiedziałam ze smutkiem i otworzyłam przed nami szklane drzwi, które dotąd robiły na mnie wrażenie. Były po prostu ogromne, chyba dziesięć metrów wysokości i dziesięć szerokości. Przywitałyśmy się z Amy oraz Sophie i razem powłóczyłyśmy do szafek.
                - Jak tam, uczyłyście się biologii? – usłyszałam pytanie Amy. Co one się tak uwzięły na tą biologię?
Stałam przed salą do języka francuskiego, kiedy zadzwoniła dzwonek. Po chwili przybiegł nauczyciel i zaczęła się lekcja. Usiadłam jak to zwykle na tym przedmiocie w ławce przy oknie sama.
Pan Jonson rozpoczął zajęcia. Po jakichś dwóch minutach do Sali wbiegł zdyszany chłopak o czarnych włosach. Ku mojemu zdziwieniu był to Seth.
                - Dzień dobry Panie Jonson – odezwał się i rozejrzał po klasie.
Kiedy natrafił na mnie wzrokiem uśmiechnął się i ruszył w moim kierunku. Opadł na krzesło obok mnie i wypakował książki od francuskiego. Lekko jeszcze zdziwiony nauczyciel kontynuował lekcję.
                - Nigdy nie było cię na francuskim. Ba, ty w ogóle nie chodziłeś do szkoły przez ostatnie dwa miesiące. – rzuciłam, kierując na niego swoje spojrzenie.
Chłopak lekko się zmieszał, ale po krótkim namyśle odpowiedział:
                - Musiałem wyjechać z kraju, sprawy osobiste. Za to ja przed tym rokiem szkolnym nie widziałem cię nigdy na Florydzie.
                - Ta, sprawy osobiste. – powiedziałam, lekko go przedrzeźniając.
Uśmiechnął się i zaczął coś notować w zeszycie.
Po dzwonku na przerwę ruszyłam do szkolnej stołówki, gdzie chodzę już od jakichś trzech tygodni.
Odnalazłam stolik, przy którym siedziała już moja paczka. Amy i Sophie czytały biologię, a Kate pisała SMS-a. Zostawiłam torbę przy stoliku i poszłam w kierunku bufetu, gdzie pracowała przemiła pani.
                - Dzień dobry. – rzuciłam i zaczęłam się zastanawiać co wziąć.
                - A dobry, dobry. – odpowiedziała kobieta z uśmiechem na twarzy.
Zdecydowałam się na zieloną, smakowicie wyglądającą sałatkę i sok pomarańczowy.
Wróciłam do dziewczyn, które właśnie czytały jakieś notatki, jak przypuszczałam, na biologię.
                - O, Vic, jesteś. Mam dla ciebie fantastyczną wiadomość. – wyrwała się moja przyjaciółka.
                - Chodzi o Setha? – zapytałam, siadając na krześle. Kiedy zobaczyłam jak mina Kate z podekscytowanego przyjęła naturalny wyraz, dodałam – Siedziałam z nim dzisiaj na francuskim.
                - I co? Rozmawialiście?
                - Taa, trochę. – rzuciłam, zabierając się za jedzenie sałatki.
Na twarzy rudowłosej od razu pojawił się uśmiech. Przynajmniej teraz mogłam spokojnie zjeść.
                Po dzwonku ruszyłyśmy we czwórkę na biologię, na sprawdzian. Niestety nie wzięłam przykładu z Amy i Sophie i nie powtórzyłam materiału, ale poszło mi nawet nieźle. Po biologii nie miałyśmy już żadnych lekcji. Poszłam do szafki, żeby zostawić niepotrzebne książki. Czekałam jakiś czas na Kate pod szafkami, by powiedzieć jej, że do domu wracam na pieszo.
                - Dlaczego? – usłyszałam pytanie przyjaciółki.
                - Chcę być jak najdłużej poza domem, przyjechała do nas ciocia z rodziną. Jeszcze może wstąpię do biblioteki. – odpowiedziałam z uśmiechem, przyglądając się jak chowa do szafki książki do biologii.
                - Z powodu rodziny nie chcesz być w domu wcześnie? – spytała podejrzliwie.
                - Przecież mówię, że jeszcze idę do biblioteki.
                - Dobra! – uniosła ręce w obronnym geście.
                - No nie, czy ty przypadkiem myślałaś, że zamierzam iść z… O nieee! – rzuciłam w nią sweterkiem, który dotychczas trzymałam w dłoni. Jak ona śmiała sądzić, że ja zamierzałam iść z Sethem. Przecież to nie do pomyślenia.

***

Wyszłam z biblioteki zaopatrzona w dwie książki. Jedna to chyba kryminał, a druga to jakieś romansidło. Byłam zmuszona wypożyczyć tą drugą książkę. Bibliotekarka prawie wepchnęła mi ją do torby.

***

Miałam ambitne plany pouczyć się do jutrzejszej kartkówki z angielskiego, ale Jeremy za wszelką cenę chciał mi w tym przeszkodzić. Popołudnie spędziłam na dworze, na kocyku czytając romansidło z biblioteki. Musiałam przyznać, że było to o wiele przyjemniejsze od nauki historii Ameryki.